piątek, 19 maja 2017

O SZTUCE BYCIA Z INNYMI

Większość z nas - czy tego chce, czy nie - codziennie spotyka się z innymi ludźmi. Najpierw, zanim jeszcze otworzymy oczy, dobiegają nas hałasy rozmów ludzi z ulicy lub naszych bliskich z pokoju obok. Siadamy na łóżku, drapiemy się w głowę, ziewamy i... dokonujemy wyboru: będziemy mili dla innych ludzi lub nie. Jeśli zdecydujemy się na tę drugą opcję (niemili) nie dziwmy się, że dostaniemy to, co daliśmy ludziom. Jeśli tę pierwszą (mili), pamiętajmy, że ta sympatia zawsze do nas wróci, choć niekoniecznie od tych osób, do których ją skierowaliśmy. 
Nasze życie jest społeczne, uwikłane w kulturowy system znaczeń i kodów, które nie dla każdego są od razu zrozumiałe. Ta książka ma przypomnieć o tych znaczeniach, które są uniwersalne i pozwalają nam na to, żeby było łatwiej i przyjemniej żyć samemu ze sobą i z innymi. 


A pod tym linkiem fragment naszej książki.



poniedziałek, 8 maja 2017

Opowieść... kibica

Mam duszę sportowca i - mimo tego, że często mnie to śmieszy - lubię rywalizację. Wprawdzie walkę między kumplami na korcie na śmierć i życie podczas gry w squosha uważam za patetyczną, niemniej z wypiekami na twarzy śledzę mecze i zawody - i to nie tylko te sportowe. 
Jedną z moich ulubionych konkurencji jest Literacka Nagroda Nobla (LNN). Nie oszukujmy się, to wyścig jak każdy inny. Rządzący się swoimi zasadami i regułami. Mający swoje czarne konie. Sędziów wydających wyroki. Swoje dyskwalifikacje (przykład niepoprawnego politycznie Rotha) i "malowanych" kibiców, którzy mają to do siebie, że stają się fanami każdego, ale to każdego zwycięzcy (miliony zakochane w Szymborskiej, które do jesieni 1997 roku nie wiedziały, że ktoś taki istnieje na świecie!).
Ja kibicem jest wiernym, nawet za bardzo. Na przykład do końca, do samego końca wierzyłem w czystość Lance'a Armstronga. Nawet wtedy, kiedy wiedziałem już, że oszukuję samego siebie.
I jak każdy kibic doznaję rozczarowań, które bolą przez wiele lat. Dlatego też tak dobrze pamiętam ten jęk zawodu, kiedy kilka lat temu Literacką Nagrodę Nobla dostała Alice Munro. Oznaczało to, że już nigdy w ciągu swojego życia tej nagrody nie dostanie Margaret Atwood,  ponieważ obie pochodzą z Kanady. A sędziowie LNN mają to do siebie, że nie przyznają nagród pod rząd dla tego samego kraju.


To był sądny dzień. Rozpacz prawdziwego kibica. Dzień żałoby i wściekłości. Jak w każdym sporcie są osoby, które grają świetnie technicznie, nie mylą się, są mistrzami, ale ich gra jest poprawna. Są też zawodnicy i zawodniczki, którzy grają z ekspresją, finezją i nawet jeśli popełniają błędy, to poruszają w człowieku coś, co zostaje głęboko w sercu. Na zawsze. I to sportowe porównanie odnosi się do twórczości Munro i Atwood. Munro pisze bardzo dobrze, ale jest nudna i przewidywalna. Świetna technicznie, ale bez polotu. Atwood to zawodniczka po której nie wiadomo czego się spodziewać. Obiecuje tylko jedno - zawsze to będzie widowisko. Munro będzie zawodniczką, o której następne pokolenia nie będą pamiętać. A Atwood jest tym typem, której przesłania zawarte w książkach przewędrują na kolejne pokolenia.
Ale właściwie z jakiego powodu o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że "Kobieta do zjedzenia" przeczytana w wieku trzynastu lat, uczyniła ze mnie mężczyznę. 


Po drugie, że "Opowieść podręcznej", tak niezrozumiała dla ludzi, kiedy ukazała się na rynku (ponad 30 lat temu), teraz święci triumfy. Głównie za sprawą świetnego, zrealizowanego przez Hulu serialu, opartego na tej powieści, pokazującego jak śmiało idziemy w stronę utopii.



I po trzecie, ponieważ Atwood jest tak mądrym człowiekiem, że Jej kilkuminutowy wywiad dla Broadly daje asumpt do kilkudniowego pomyślunku. 



Najbardziej podobało mi się, kiedy powiedziała: "twoja praca nie musi podobać się każdemu, a jeśli tak jest, to coś jest z tobą nie tak". 
Na pohybel nieszczęśliwym krytykantom! :-)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Był taki człowiek, był taki kraj...

Był taki człowiek, który choć urodził się w Grecji, jest czczony przez Turków.
Był taki człowiek, który miał niewiarygodną odwagę do walki o swój naród i dzięki niemu Turcja nie jest dziś protektoratem francuskim lub brytyjskim.
Był taki człowiek, który nakazywał szanować wyznawców różnych religii, ale jednocześnie pilnował, żeby prawo religijne nie stało ponad prawem świeckim.
Był taki człowiek, który na początku XX wieku - w zdominowanym przez mężczyzn świecie - głosił równość kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach życia.
Był taki człowiek, który był wizjonerem, jacy zdarzają się ludziom raz na sto lat, a Turcy mieli to szczęście, że urodził się właśnie dla nich.
Był taki człowiek, który nie mógł się bać, bo dawał dziesiątkom milionów Turków nadzieję.
Mustafa Kemal Ataturk.


Dzięki temu człowiekowi, jego marzeniom, wizji, nieustępliwości, otwartości i wielkiej, wielkiej odwadze Turcja - aż do końca XX wieku - była rozwijającym się, świeckim, otwartym, pięknym krajem z niezwykle życzliwymi i ufnymi w przyszłość ludźmi. 
To była Turcja Ataturka: dumna, świecka, postępowa, choć - czego bardzo żałuję i nigdy nie zrozumiem - nieustanne odpychana przez Europę. Widocznie tam, gdzie kończą się wieże chrześcijańskich kościołów,  a zaczynają się kopuły minaretów, tam przebiega granica europejskiej "tolerancji" i "jedności".
Ta Turcja, którą kochałem, podziwiałem, która była moim drugim domem, Turcja Ataturka, właśnie wczoraj przestała oficjalnie istnieć...


niedziela, 26 marca 2017

Kim chcesz być w przyszłości?

Kim chcielibyście zostać w przyszłości? - takie pytanie, dotyczące uprawianego w przyszłości zawodu, zadałem moim kilkunastoletnim podopiecznym podczas zajęć w ramach Uniwersytetu Dzieci. Zajęcia miały warsztatowy charakter. Siedzieliśmy w okręgu. Każdy z nas musiał udzielić odpowiedzi. Jako że byłem członkiem grupy, musiałem na nie odpowiedzieć również ja... 
Kim chciałbym zostać w przyszłości? Czy to pytanie mnie w ogóle dotyczy? Przecież już mam zawód. Już wybrałem swoją przyszłość. Jestem socjologiem. Uprawiam ten zawód z wielką pasją i miłością. To dość rzadkie, wiem, ale nie wyobrażam sobie inaczej. W ramach tego zawodu łączę ze sobą również bycie nauczycielem, badaczem, analitykiem, doradcą, statystykiem. Ale wskutek dynamicznych zmian politycznych, gospodarczych i społecznych jest duża szansa na to, że to nie będzie mój ostatni zawód. Jeden zawód na całe życie - tego już nie ma. To pieśń przeszłości. Ułuda. Bezpodstawne oczekiwanie. Nawet takie pewniaki jak lekarz, wskutek rozwoju medycyny internetowej oraz prac nad sztuczną inteligencją, nie są pewne. Część z nas już doświadczyła potrzeby "przebranżowienia". Znam specjalistów od HR, którzy pracują w genetyce, marketingowców, którzy handlują śledziami na dużą skalę, techników żywienia, którzy zajmują się włókiennictwem oraz nauczycieli rosyjskiego, którzy są świetnymi fotografami. Nie mówiąc o sportowcach, których kariery zawodowe zawsze są krótkie i po jej zakończeniu często nie dotyczą sportu. 
Moi studenci próbują się zabezpieczyć na tę okoliczność studiując po 3 kierunki równocześnie. Czy warto? Dla poszerzenia wiedzy - tak. Dla ubezpieczenia na przyszłość - nie. To, czego domagam się od wielu lat, o czym piszę i nad czym pracuję, to zwiększenie w ramach oferty szkół zajęć, które będą dzieci, nastolatków, studentów uczyć... się uczyć. Jak na razie w większość uczymy wkuwać, zapamiętywać i odtwórczo przetwarzać. Zdolność uczenia się i myślenia jest nadal niezbyt ceniona. Łatwiej steruje się ludźmi, którzy myślenie mają programowo wyłączone, a niechęć do uczenia się jest ich stanem duszy. Ale takie społeczeństwo nie ma większych szans na godziwe życie. Takie społeczeństwo może trwać, ale nie może się rozwijać.
Tego typu refleksje nachodzą mnie podczas pracy nad nową książką o uczeniu się. A tymczasem z tęsknotą wracam do mojej ulubionej książki o "Doradztwie zawodowym", w której wyjaśniam to, jak ważne jest dla nas myślenie o przyszłości zawodowej na każdym etapie naszego życia. 
Zatem odpowiedz: Kim chcesz zostać w przyszłości?


piątek, 24 lutego 2017

O manipulacji

Skąd wiem to, co wiemy? I czy na pewno to wiemy czy tylko nam się wydaje? I czy jest "trzecia" strona medalu?
O tym z coachem Piotrem Borwinem.
Starcie drugie! Ring wolny! ;-)


TS: Jak coach radzi sobie z tym, żeby nie wejść w świat drugiego człowieka ze swoimi opiniami?

PB: To jedna z kluczowych umiejętności coacha. To osoba, która jest uczestnikiem procesu coachingowego jest specjalistą od samego siebie i swojej optyki na świat. W coachingu coach jest gościem w czyimś świecie i aby w nim być, musi go w pełni akceptować, takim jaki jest w danym momencie. Kiedy zaczyna oceniać, wtedy wychodzi z roli coacha.

TS: A co zrobić w sytuacji, kiedy do coacha przychodzi Klient z własnymi opiniami, które według coacha są negatywne dla kształtowania postawy tego człowieka?

PB: Pierwsza sprawa to jak sam Klient na to patrzy. Jeśli uważa, że to jest dla niego dobre, a coach wbrew własnym opiniom jest w stanie to zaakceptować, to nic z tym nie robi dopóki Klient tego nie chce. A kolejna to pięć zasad ericksonowskich w coachingu, które gwarantują pełną akceptacji relację na równym poziomie między Klientem a coachem. Więc jeśli nie dotyka to ważnych dla coacha przekonań i wartości osobistych oraz potrafi on postrzegać Klienta jako pełnowartościową osobę, posiadającą wszelkie zasoby do osiągnięcia tego, czego chce, to wtedy możemy mówić o coachingu.
Dla przykładu, jeśli przyszedłby do mnie diler narkotykowy który chciałby rozwijać swoje umiejętności handlowe wśród uczniów podstawówki, to ponieważ jest to dla mnie nie do zaakceptowania, nie ma mowy o procesie coachingowym. To nic innego jak część etyki zawodowej.

TS: To oczywiste, że każdy z nas inaczej postrzega rzeczywistość. Czyli to nie jest tak, że to nie ktoś nami manipuluje, tylko my sami sobą manipulujemy?

PB: Dopuszczasz oby dwie opcje?

TB: Mogę zrozumieć czemu służy sytuacja, w której ktoś nami manipuluje, ale czemu ma służyć to, że my sami sobą manipulujemy?

PB: Bardzo szeroka kwestia. Jest mnóstwo przykładów z naszego codziennego życia, kiedy sami sobą manipulujemy. Odkładanie aktywności na później, unikanie ważnych rozmów czy wmawianie sobie innej rzeczywistości niż ona faktycznie wygląda, to najczęstsze przykłady samomanipulacji. Czasem wystarczy posłuchać siebie, co mówimy, kiedy szukamy wymówek, aby czegoś nie robić, kiedy zależy nam na czymś ale boimy się powtórki z przykrej historii, albo kiedy przekłamujemy rzeczywistość i wmawiamy sobie, że wszystko jest w porządku choć wiemy i czujemy, że powinniśmy zmienić swoją sytuację. Kiedy to nie pomaga trzeba porozmawiać ze specjalistą. Kiedy nie słuchamy samych siebie, nasz umysł do spółki z naszym ego na sto procent znajdzie jakąś teorię.

TS: Czyli wyrabiamy sobie opinie o sobie, w którą zaczynamy wierzyć tak, jak w tę opinię zewnętrzną? A jak jest w sytuacji, kiedy na przykład Klient… czy jest jakieś inne określenie, bo Klient brzmi bardzo…

PB: …sprzedażowo?

TS: Tak, bardzo dziwnie.

PB: Po angielsku mówi się coachee i ciężko jest to przetłumaczyć na polski. W sumie coach też jest ciężko przetłumaczyć na język polski.

TS: Zastanawiam się co w sytuacji, kiedy Klient zaczyna manipulować coachem, a coach jednocześnie - z tego co mówisz - nie powinien jakoś zbyt mocno w to ingerować. Co wtedy?

PB: To nie ma wtedy coachingu. Manipulacja coachem w coachingu jest niemożliwa ze względu na to, że to Klient pracuje sam ze sobą. Można więc pójść krok dalej i powiedzieć, że manipulacja coachem to manipulacja samym sobą.

TS: Dużo mówi się o manipulacji w mediach. Załóżmy, że ona jest. Potrafię sobie wyobrazić, że można manipulować informacjami na przykład w programach telewizyjnych, a nawet w całych stacjach telewizyjnych. Odcinając się od polskiej polityki, wiadomo, że stacja FOX była za Trumpem, a CNN było za Hillary Clinton i że fakty oraz opinie, które podawane były przez te stacje, prezentowały poglądy określonego obozu. Niemniej trudno mi wyobrazić sobie całościową manipulację w mediach społecznościowych. Czy można mnie zmanipulować na facebooku?

PB: Oj, można.

TS: Jak na przykład?

PB: Po pierwsze w bardzo podobny sposób jak w telewizji. Są materiały, które przedstawiają określony punkt widzenia bardzo bezpośrednio i bardziej niż w „starych” mediach. A druga rzecz to wystarczy kilka lajków i udostępnień, i już wiadomo co lubisz, co jesz, gdzie bywasz, jakie masz preferencje, życiowe, zakupowe i polityczne. To potężne narzędzie dla marketingu, sił sprzedaży i polityków. Wiedzą jaką, kiedy i jak opakowaną informację do Ciebie skierować. Ciekawym zjawiskiem są ostatnio bardzo powszechne tak zwane fejkowe newsy, czyli z założenia fałszywe informacje, jednocześnie bardzo kontrowersyjne.

TS: Media mainstreamowe, na przykład telewizja dają mi obraz, który już przez kogoś został wymyślony, stworzony. Natomiast mam poczucie, a właściwie chciałbym je mieć, że w mediach społecznościowych to ja kreuję/kształtuje swój świat. Zdaję sobie sprawę oczywiście, że to jest szklana bańka i to co się dzieje na mojej ścianie na facebooku, to nie jest cały świat. Ale to ja mogę zdecydować, że chcę na przykład dostawać treści z FOX-a i treści z CNN, albo treści z jednej strony i z drugiej strony.

PB: A co jeśli jest trzecia strona medalu?

TS: Tego nie wiem.

PB: No właśnie.

TS: Bo mi nikt tego nie powiedział, czy jest ta trzecia strona.

PB: Ciekawe spostrzeżenie. Jakby nie patrzeć, to co widzimy w mediach często oceniamy jako cały świat. Spójrz na polskie media, jak to wygląda. One tak naprawdę żyją tylko w Europie lub ewentualnie czasem w USA . A gdzie to, co się dzieje w Indiach, Chinach, Afryce i Australii?

TS: Przykład Australii i Chin jest bardzo ciekawy. Jak się tam jedzie i patrzy na ichniejszą mapę świata, to okazuje się, że to nie Europa jest w centrum mapy. Człowiekowi wydaje się to wtedy dziwne i myśli, że coś tu jest nie w porządku i coś tu nie gra.

PB: Ja to porównuje z takim kelnerem, który przyniósł Ci dwa ciasteczka a resztę wcześniej schował do kieszeni. A Ty masz wybierać sobie jedno z tych dwóch.

TS: To ciekawa rzecz. Bo standardowo poruszamy się w rzeczywistości, w której są dwie strony, dwa obozy. A może – tak jak mówisz - jest trzeci lub więcej? My nie wiemy, czy jest więcej tych ciastek. W takim razie kto nami manipuluje i kto przed nami chowa ta ciastka?

PB: Nie wiem i w sumie to nie jest istotne. Najważniejsze abyśmy my się w tym odnaleźli jako jednostki. Zadawali sobie pytania: co jest dla mnie potrzebne z tych informacji, czego ja faktycznie potrzebuję z tego natłoku informacji. Ktoś porównał, że kiedyś w ciągu jednego roku ludzie dostawali tyle informacji co teraz w ciągu 15 minut. To też powoduje z jak wieloma rzeczami nasz mózg musi się zderzyć a co za tym idzie, musimy wybrać co jest istotne, a co nie. To właśnie przez tą gonitwę o której powiedziałeś wcześniej nie wybieramy, tylko przyjmujemy coś za pewnik i lecimy dalej. 

TS: Mózg też jest leniwy, więc lepiej jest mu przyjąć jakąś opinię niż analizować fakty i podejmować decyzje.

PB: Tak. Jesteśmy leniwi i nie przyjmujemy tego do wiadomości.

TS: Czy to w takim razie oznacza, że na przykład do coacha zwracają się ludzie, którzy nie są leniwi?

PB: Z założenia tak. Z mojego doświadczenia do coacha zwracają się ludzie, którzy znaleźli się w tym punkcie w którym zaczynają myśleć:  „halo coś tu nie gra, gdzie ja jestem na tym świecie”. Ktoś im powiedział jak ten świat wygląda lub zmienił coś w jego dotychczasowym postrzeganiu i teraz muszą się w tym odnaleźć. Często coś się wydarza w naszym życiu. Nie potrafimy się odnaleźć po jakimś doświadczeniu- rozwód, przeprowadzka, zmiana środowiska. Zresztą, ten zewnętrzny powód to jest wierzchołek góry lodowej, prawdziwa zabawa jest pod powierzchnią wody.

TS: Często zapominamy o tym, że społeczeństwo, żeby w ogóle mogło przetrwać musi składać się w większości z ludzi, którzy myślą w bardzo podobny sposób i działają w bardzo podobny sposób. Są stadem, które podąża w wyznaczonym kierunku, bez głębszej refleksji nad sensem tej podróży. Ale jest też grupa osób która się zastanawia i w rezultacie odłącza się od stada. Są gdzieś z boku, zadają pytania i mają wątpliwości. Czy wyobrażasz sobie teraz sytuację, że każdy z nas się zastanawia nad wszystkim i każdy z nas staje się indywidualistą, który próbuje znaleźć swoją drogę? Jako Coach, czy jesteś w stanie to sobie wyobrazić?

PB: To jest utopia. Jesteśmy przecież inni.

TS: Co by się stało z naszym społeczeństwem? Oczywiście oprócz tego, że coachowie mieli by mnóstwo pracy. (śmiech)

PB: Gdyby wszyscy słuchali siebie to coach nie miałby co robić (śmiech). Choć są społeczeństwa które są bardziej zindywidualizowane w kontekście jednostki. Na przykład społeczeństwo fińskie, gdzie  wynika to z już z poziomu edukacji, która jest bardziej nastawiona na wykorzystanie potencjału jednostki. W większości pozostałych krajów w tym i u nas, wrzucamy wszystkich do jednego worka. Wpajany jest nam kult autorytetu i to, że błędy są złe. W efekcie nasze świadome myślenie ograniczamy my sami kierowani kompleksem niedoskonałości.

TS: Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą. Z jakiego powodu teraz zaczęło się tak dużo mówić o manipulacji? Czy z tego powodu, że ludzie są bardziej świadomi tego, że nimi ktoś manipuluje? Czy właśnie bardziej są nieświadomi tego, że się nimi manipuluje? Bo mam wrażenie, że od dopiero niedawna zaczęło się o mówić o tym, że jesteśmy manipulowani w takiej skali. Paranoja naszych czasów?

PB: Może dlatego, że samo słowo „manipulacja” stało się narzędziem. Tak samo jak określenie leming. Czyli, ci „oni” szeroko rozumiani, ci inni niż my, pozwalają sobą manipulować, nie myślą samodzielnie, dlatego robią coś innego niż my. Dlatego jeśli nie chcesz być lemingiem i nie chcesz być manipulowany a chcesz myśleć samodzielnie to myśl i rób to co my chcemy. Więc manipulacja stał się narzędziem samym w sobie. Oni są głupi i zmanipulowani. Ty jesteś lepszy, bo jesteś z nami. To zaczęło być bardzo wyraźne w mediach. Trump wykorzystywał bardzo często określenie leminga i manipulacji w odniesieniu do elektoratu Clinton i Obamy. Jak zagłosujesz na Trumpa to będziesz ten świadomy. To co mnie najbardziej interesuje to intencja przekazu. Czy są badania, które to analizują?  Bo często jest tak, że żyjemy w jakimś przekonaniu społecznym (były już przecież takie historie nie raz) i to się później okazywało ułudą?

TS: Tak, pokazały. Ale na poziomie globalnym i społecznym nie da się tego wychwycić.

PB: Czyli takie rzeczy można wyłapać jedynie z poziomu jednostki?

TS: Tak. Z poziomu jednostki jest dużo łatwiej. To kwestia spotkania człowieka z człowiekiem. W tłumie intencje jednego człowieka przestają mieć znaczenie. Bycie w grupie daje poczucie siły i wspólnotowości. Intencje można dostrzec wtedy, kiedy jako jednostka wyjdę z tłumu, stanę obok, pozbędę się energii, jaką daje tłum – niezależnie od jej charakteru. I wtedy spotkam się z drugim człowiekiem, sam na sam. Spojrzę mu w oczy. Będąc w tłumie nie patrzę w oczy i nikt nie jest w stanie spojrzeć w oczy mi. Nasze spojrzenia się nie krzyżują. Widzimy siebie, ale na siebie nie patrzymy. Tłum – jak już wspomniałeś jest filtrem, narkozą, „głupim jasiem”, który sprawia, że nie potrafię dokonać trzeźwych sądów. Idę z tłumem, wiwatuję, czuję się dobrze, ale moje „wewnętrze” jest uśpione, otumanione, nie docieram do siebie ani do środka innych osób. Nie o to w tłumie chodzi. Tłum stanowi ochronę przez bodźcami z zewnątrz – tymi dobrymi i złymi. Z jednej strony potrafi otumanić, ale z drugiej sprawić, że czuję się bezpiecznie.

PB: W tłumie przede wszystkim jest realizowana nasz potrzeba przynależności. Potrzebujemy tego. To jest bardzo ważne co mówisz w kontekście spojrzenia na system. Kiedy żyjemy w pewnym systemie i kiedy jesteśmy w środku to nie bardzo to widzimy i rozumiemy. Natomiast jak zaczniemy patrzeć na całość z zewnątrz to zaczynamy więcej rozumieć. Możemy nawet zacząć zastanawiać się jak wygląda perspektywa każdego z elementów tego systemu. Jednak pierwszym krokiem jest porzucenie tego ciepła i wystawienie się na działanie czegoś innego, nieznanego.

TS: To jest pytanie czy my chcemy z tego wyjść. Jest przyjemnie, kiedy wokół nas są ludzie. którzy myślą podobnie jak my. Jest ciepło, jest miło i jest bezpiecznie. To wyjście „poza” jest dość niebezpieczne.

PB: Zawsze wyjście w nieznane jest niebezpieczne. Tracisz coś starego a zyskujesz nowe.

TS: Z jednej strony niebezpieczne, ale z drugiej strony pozwala odczytać intencje i pozwala, w dłuższej perspektywie, uniknąć rozczarowań. A czy w coachingu jest tak, że jest jakiś etap wyjścia z tego dotychczasowego systemu?

PB: W pewnym sensie pierwsza wątpliwość dotycząca obecnego stanu rzeczy już nim jest. Później pojawia się cel i wizja, że może być inaczej.

TS: A co jeśli chcę zmiany, ale takiej, aby pozostać ciągle w tym tłumie, tylko tak żeby troszkę więcej miejsca się zrobiło wokół mnie?

PB: Wtedy musisz wywrzeć nacisk na swoje obecne miejsce więc musisz coś zmienić.

TS: Ale ja nie chcę drastycznie.

PB: To jest bardzo subiektywne- drastyczne niedrastyczne. Dla kogoś to będzie drastyczne o czym mówisz a dla kogoś nie. To jest bardzo względne. Najważniejsza jest ta chęć zadania pytania- czego chcę? Zadanie sobie pytania może w następstwie prowadzić do podjęcia decyzji czy ja się chcę zmienić lub nie. Przecież nie musisz zmieniać. Przecież możesz wyjść na chwilę z tego tłumu, zobaczyć, że w sumie jest ok, akceptujesz daną sytuacje, wracasz i sobie dalej siedzisz w tym tłumie bo tam cieplej. Ale siedzisz już świadomie.

TS: Oj, nie wiem, czy się wraca. W moim odczuciu to już rozwala system.

PB: Wtedy wracasz i mówisz: hej słuchajcie, bo to wygląda trochę inaczej…

TS: Chyba nie da się wrócić w to samo miejsce. Nie tylko metaforycznie, w sensie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki tylko, że rzeczywiście człowiek wraca już zupełnie inny, z innym światem w środku.

PB. Czas więc sprawdzić, jak jest na zewnątrz, bo chyba za ciepło się zrobiło... (śmiech)

TS: Idziemy?

PB: Pewnie!



wtorek, 7 lutego 2017

Fakty i opinie

Co lub kto sprawia, że myślimy w ten, a nie inny sposób? Jak oddzielić fakty od opinii? Cy określenie "leming" jest obraźliwe? I czym jest informacja we współczesnym świecie?
O tym w rozmowie z coachem Piotrem Borwinem.
Starcie pierwsze.
Zapraszam!



PB: Co to znaczy być lemingiem?

TS: Wydawało mi się, że to pojęcie, które przeminęło z wiatrem politycznych zmian. Ale ty mi po raz pierwszy uświadomiłeś, że leming to jest człowiek, który nie ma własnych poglądów, tylko jest sterowany z zewnątrz. Inni, szczególnie media, podpowiadają mu jak i co ma myśleć. Co więcej, jest mu wmawianie to, że jeśli będzie myślał tak jak chcą, żeby myślał, to znaczy, że wtedy myśli dobrze i nie jest lemingiem. Wtedy jest indywidualistą. A gdybyś ty miał scharakteryzować leminga?

PB: Mniej określiłbym leminga jako postać, jako człowieka, natomiast bardziej bym określił go jako narzędzie które jest wykorzystywane przez media i politykę. Czyli rób to co my ci mówimy, bo wszyscy ci którzy tego nie robią, są lemingami.

TS: No to większość ludzi nie byłaby zachwycona gdyby usłyszała, że są narzędziem. Jeśli już, to narzędziem do czego?

PB: Możemy jedynie podejrzewać, że do celów danej organizacji czy instytucji. Próba odkrycia faktycznej intencji to jak wróżenie z fusów.

TS: Twoim zdaniem to media wykreowały „leminga”?

PB: Zdecydowanie i to stricte media społecznościowe, a więc my sami. Rzecz jasna leminga jako narzędzie. Medialne określenie „leminga” pochodzi przecież od gryzoni, które według legendy masowo popełniają samobójstwo podczas migracji poprzez rzucanie się tysiącami ze skał. Po 90 roku to określenie zagościło w polskim życiu politycznym, a później rozprzestrzeniło się na inne jego sfery.

TS: Mam ciekawą obserwację, że jak ja mówię media, to mam na myśli głównie media mainstreamowe czyli telewizję i prasę. A ty media kojarzysz głównie z mediami społecznościowymi.

PB: Media mainstreamowe o których mówisz, w oczach młodego człowieka już dawno stały się tubą propagandową polityki i korporacji ograniczając tym samym pole widzenia. A internet i idąc dalej media społecznościowe, dają wolność wyboru treści i obrazu, choć być może pozorną. Taki Fast-Food informacyjny rodzi przecież duże niebezpieczeństwo jeśli jest to jedyne nasze źródło informacji. Media społecznościowe mają olbrzymi wpływ na nasz światopogląd, być może nawet większy niż nam się wydaje. Wszystko zależy od stopnia "pozorności" tej wolności wyboru i umiejętności odróżnienia opinii od faktów.

TS: Ja jestem w tej szczególnej sytuacji, że jako ekspert funkcjonuje w obu rodzajach mediów, a jako odbiorca głównie w mediach społecznościowych. W ogóle nie emocjonuje się mediami mainstreamowymi takie jak telewizja czy gazety. Nie oglądam i nie czytam. Odstawiłem to już 1,5 roku temu i na razie to się bardzo dobrze sprawdza. Dzięki temu rzeczywiście nie dociera do mnie to, czego nie chcę i sam wybieram sobie treść. Być może przez to dociera do mnie bardzo mało faktów. A Ty śledzisz te główne media? Faktycznie jest tam więcej faktów?

PB: Wiesz, wychowałem się w domu, gdzie telewizor to operacyjne centrum wszechświata. (Śmiech) Ja chce czegoś więcej, niż pokazuje szklany ekran. Owszem zdarza mi się włączyć telewizor, ale jeśli już gdzieś zaczynam szukać, to pierwszym źródłem jest internet. Telewizja to złodziej czasu i zawsze kojarzyła mi się z gadającymi głowami, pastwiącymi nad jedną informacją, często mało istotną. Jedno wydarzenie a kilka opinii na jego temat. To widać teraz doskonale w Polsce. Gonitwa za kolejnymi "łamiącymi" newsami jest coraz bardziej absorbująca na poziomie jednostki. Ja wysiadłem z tego pociągu.

TS: To jak odróżnić opinie od faktów? Zastanawiam się, czy my jako społeczeństwo jesteśmy nauczeni je odróżniać? Czy potrafimy kreować opinie? Być może jest tak, że nie jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić i te opinie, które pojawiają w mediach, to nie jest sytuacja, w której ktoś nami manipuluje, tylko to wynika z potrzeby, że nie potrafimy inaczej. Gdyby zostawić im tylko suchy fakt to nie mieliby tylu możliwości, aby to przetworzyć i samodzielnie wyrobić sobie opinię.

PB: Taka jest nasza natura. Człowiek z prędkością karabinu maszynowego ocenia otaczającą rzeczywistość. Poznajesz człowieka i już twój mózg ma na jego temat cała historie napisaną. I odwrotnie też. Jeśli chcesz komuś przekazać ważną informacje z całym ładunkiem emocjonalnym i zależy Ci, aby dzielił emocje razem z Tobą to najpierw serwujesz mu opinię, a później fakt. Np "Ale fantastyczna wiadomość kochanie, moja mama z nami zamieszka!". W mediach doskonale znają ten mechanizm i najpierw serwują Ci opinię, a później fakt. Zobacz jak podawana jest większość informacji: Tragiczna wiadomość - opinia, wypadek 5 aut na autostradzie - fakt, Wpadek ministra ciąg dalszy - opinia, powiedział dziś, że...- fakt, Wielki sukces polskiej piłki nożnej- opinia, zremisowaliśmy z...-fakt.

Niełatwo wyrwać się z tej matni wszechobecnej dostępności informacji. Jedna informacja i opinie na jej temat są powtarzane setki o ile nie tysiące razy w ciągu dnia różnymi kanałami, co powoduje ich zakorzenienie w naszych głowach. To co pozwala się z tego wyrwać to zwykła ludzka ciekawość, chęć zgłębiania tematu i umiejętność zadawania pytań.

Weźmy na przykład powtarzane jak mantra stwierdzenie: "Polska jest biednym krajem" to opinia, która na stałe zagościła w naszym określaniu rzeczywistości. Znasz kogoś, kto stawia jakiekolwiek pytania kiedy tak powiesz? Pytania typu:  Skąd to wiesz? Biedniejszym od jakiego innego? Według jakich wskaźników? Nie kupuje tego stwierdzenia. To opinia, a nie fakt.

TS: Ok, to wtedy ja powiem, że nie mam czasu na to, żeby dostawać tylko suche fakty i zastanawiać się, czy faktycznie Polska jest biednym krajem czy nie. Zestawiać dane statystyczne i porównywać je z innymi krajami.

PB: No właśnie, więc wszystko zależy, jak ta informacja jest Ci serwowana. Kiedy ktoś mówi: Polska jest ekonomicznie biedniejszym krajem od np. Szwajcarii lub jesteśmy na takim to a takim miejscu w Europie" to już są fakty. Jak dostaniesz tak podaną informację, to już nie musisz szukać.

TS: Jako socjolog, czyli trochę adwokat diabła zapytam: A może te kreowane opinie ułatwiają ludziom życie? Mamy mało czasu, tak przynajmniej ciągle mówimy. Więc, jeśli jakiś ekspert coś za nas przejrzy, sprawdzi i potem opowie nam to prostym językiem, to będzie super, bo oszczędzi nam wysiłku. A jak jest w mediach społecznościowych?

PB: Tam wybierasz to, co to Tobie pasuje i w co wierzysz. Przeczytasz jedno i Ci nie pasuje?- odrzucasz i często szukasz dalej. Trzymając się przykładu pt. "Polska jest biedna", w internecie i mediach społecznościowych znajdziesz mnóstwo teorii, analiz i porównań na ten temat i Ty sam wybierzesz sobie, co dla Ciebie jest najbardziej wiarygodne. To dalej będzie opinia, ale już świadomie wybrana przez Ciebie spośród morza propozycji. To jest niewątpliwą przewagą nad tradycyjnymi kanałami mediów, gdzie zestawiane są maksymalnie 2-3 poglądy na dany temat. Podczas kampanii wyborczej w USA to pięknie widać jak sztaby wyborcze emitowały w mediach społecznościowych kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt wersji danej informacji tak aby użytkownik wybrał sobie najbardziej wiarygodną.

TS: Podany przez Ciebie wcześniej przykład: "Polska jest biedna" jest bardzo dobry, szczególnie z mojego, socjologicznego punktu widzenia. Polska jest rzeczywiście biednym krajem. Mogę tak powiedzieć, porównując dane z innych krajów Unii Europejskiej. Choć rzeczywiście rzadko kto, jako eksperta pyta mnie o to, skąd to wiem.  

PB: W coachingu podczas pracy z przekonaniami Klienta, czyli innymi słowy z opinią którą Klient posiada na temat siebie samego, podstawowym pytaniem jest właśnie "skąd wiesz?". To pozwala odnieść się do faktu i rzeczywistego doświadczenia Klienta. Dobrym przykładem w odniesieniu do manipulacji jest starsze pokolenie, które na pytanie "skąd wiesz" często odpowiada, że z telewizji.

TS: A skąd w telewizji wiedzą?

PB: Skądś pewnie wiedzą (śmiech)

TS: No właśnie, bo ważne jest nie tylko co się mówi, ale jak to się mówi. Można mówić nawet największe herezje, ale w taki sposób, z takim podparciem wokaliki, czyli akcentów, przydechów i pauz oraz komunikatów niewerbalnych, że uwierzą w to wszyscy. Patrzymy na takiego człowieka i przekonuje nas do tego stopnia, że nie wątpimy w to, że wie o czym mówi. A on czasem tylko mówi, to co wie. Czyli niewiele.

PB: Tak jak powiedziałeś, żyjemy bardzo szybko. Sami ze sobą nie jesteśmy zbyt często, więc tym bardziej nie zastanawiamy się czy ktoś udaje lub gra, a tym samym jaki to ma wpływ na nas. W wielu obszarach życia nie zadajemy sobie sami bardzo ważnych pytań: czy to jest dla mnie dobre? Jaki to ma na mnie wpływ? A to powoduje, że media w pewnym sensie myślą za nas.

TS: Chcesz powiedzieć, że wyrobiliśmy sobie pewnego rodzaju outsourcing myślenia?

PB: Tak jest przecież wygodniej.

TS: Czyli "zlecamy" komuś innemu, aby za nas myślał w pewnych obszarach, wyrażał opinie, które my później uznajemy za swoje?

PB: Tak. W filozofii Zen jest takie stwierdzenie, które mówi, że wszystko co wiesz i co mówisz, tak naprawdę nie jest Twoje. To wszystko ktoś nam włożył do głowy w ciągu całego naszego życia, w dzieciństwie, podczas procesu edukacji i kontaktu z wszelkimi mediami. Nawet jeśli naocznymi świadkami jakiegoś zdarzenia będzie kilka osób, to każda z nich będzie je widziała inaczej.

TS: To tak jak z potrawą którą przygotowujemy. Niby zawsze mamy te same składniki, ale za każdym razem wychodzi nam coś innego. Tak samo z człowiekiem. Wszystko co wiemy, dociera do nas przecież z zewnątrz. Wszystko zależy jakiego rodzaju i jakiej jakości są składniki. A także przez kogo są ucierane, lepione. Pomidor szklarniowy i ten z południa Włoch będą inaczej smakować, choć to nadal ten sam składnik: pomidor. Tak samo mogę np. wiedzę historyczną, zdobywać od człowieka, który ją świetnie zna i życie jej poświecił. A mogę też ją zdobywać od człowieka, który teraz uczy historii, pomimo, że wcześniej uczył geografii, ale zlikwidowali ten przedmiot. Możemy więc mieć te same składniki, ale one zmiksowane w nas, będą zupełnie inaczej smakować.

PB: Bo to nie jest do końca źle, że ktoś nam podaje gotową informację na tacy. Ilość informacji jaka do nas dociera każdego dnia i ilość wyborów, jakich dokonujemy w każdej minucie jest tak olbrzymia, że gdybyśmy mieli analizować dosłownie każdą informację i sprawdzać czy ktoś nas nie oszukuje to dosłownie byłoby wariactwo. Są obszary, gdzie musimy ufać dostawcy informacji. A żeby tak było musimy przyjąć, że jego intencja wobec nas jest pozytywna.

TS: Jako socjolog postrzegam swoją rolę, szczególnie w tej chwili i tego też uczę moich studentów, jako człowieka, który objaśnia ludziom świat, którego oni nie rozumieją i nie maja dostępu do wiedzy, do której ja mam dostęp. Nie dlatego, że ma ona jakiś zaszyfrowany, tajemny charakter, tylko dlatego, że jest jej dużo, a ja jestem wykształcony w tym aby dużo łatwiej pewne rzeczy wyszukiwać i łączyć ze sobą. A potem to przedstawiać w prosty sposób tak, aby ktoś to mógł zrozumieć. Zgadzam się więc z Tobą, że nie ma nic złego w tym, że ktoś się powołuje na opinie kogoś innego. Moja intencja jest jasna i pozytywna. Jednocześnie zastanawiam się jak to jest w coachingu? W jaki sposób coach może mnie jako człowieka, który odbiera opinie, wesprzeć w tym abym się nie pogubił i wiedział co jest właściwe?

PB: Ty objaśniasz ludziom ten świat zewnętrzny, który masz racje, jest bardzo skomplikowany. Jednocześnie, nie dość że każdy z nas z osobna postrzega siebie jako centrum tego świata to jeszcze w każdym z nas jest jedyny w swoim rodzaju świat wewnętrzny- emocji, myśli, wspomnień, marzeń i planów. A on wpływa bezpośrednio na nasze postrzeganie świata zewnętrznego i w szerszej skali jest źródłem tego skomplikowania i piękna jednocześnie. Zmagamy się z rzeczywistością, próbując znaleźć złoty środek pomiędzy dopasowaniem świata do nas i dopasowaniem nas do świata. Coaching powoduje, że człowiek zaczyna rozumieć te korelacje i uczy się realnego wpływu na siebie i rzeczywistość.