poniedziałek, 19 grudnia 2016

Wybieram życie

Za oknem polityczna zawierucha. Każdy walczy o swoje. A ja chciałbym upomnieć się o tych, których - zupełnie niesłusznie - odsuwa się na margines społeczeństwa. Oni nie walczą, chcą jedynie, żeby ich życie było... godne.
A było to tak... Magda zadzwoniła do mnie w środku lata. "Chciałabym, żebyś napisał, stworzył książkę. Jest w Polsce grupa ludzi, o których się nie pamięta, nie chce się o nich pamiętać. Wiem, że Ty to zrobisz najlepiej, dasz im czas i przestrzeń do tego, żeby mogli powiedzieć coś od siebie". Była bardzo stanowcza i zdecydowana - jak zawsze. Przynajmniej taką ją pamiętam. "Ale ja nie mam czasu" - jęknąłem. "Coś wymyślimy" - odpowiedziała i rozłączyła się. I zaczęło się kombinowanie. Może tylko moja opieka nad książką? Ktoś inny, fajny zrobi wywiady. A może tak? A może inaczej? Magda była stanowcza i krok po kroku zdobywała moją duszę dla książki. "Ok, odpowiedziałem po miesiącu. Za dwa tygodnie mam 10 dni, w czasie których jestem tu, na miejscu i mogę zrobić wywiady. Jeśli nie teraz, to nigdy!". I zaczęła się logistyka, a mój żołądek skurczył się do wielkości orzecha. Co ja powiem moim rozmówcom, o co ich zapytam? Z jakim światem do nich przyjdę? Wszyscy doświadczeni przez los, życie i zdrowie. U jednych cud, u innych niknąca nadzieja, albo jej zupełny brak. A jednak czułem podskórnie, że to będą piękne historie. Takie, jakie znałby każdy z nas, gdybyśmy tylko chcieli posłuchać naszych bliskich. Po rozmowie z Ewą, drugiej w kolejności, wiedziałem, że się uda. I wiedziałem, że dam radę. 
Ta książka mnie zmieniła, umocniła, dała nadzieję, uśmiech. I to nie dlatego, że dzięki spotkaniom z moimi bohaterami doceniam to, co mam - bo to doceniam już od bardzo dawna. Ale dlatego, że spotkałem dziesięcioro osób, które mi zaufało i oddało mi swoje historie, wierząc, że ich nie zmarnuję.
A teraz ja te historie oddaję Wam. I wierzę, że ich nie zmarnujecie.


Książkę można kupić pod tym linkiem:

http://wybieramzycie.org

Cały dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na cele charytatywne.






Dziękuję moim bohaterom, a także Magdzie, Monice, Ewie, Grzegorzowi, Konradowi, Ani i wszystkim tym, którzy byli przy mnie fizycznie i duchowo, kiedy powstawała ta książka. 

piątek, 4 listopada 2016

Święta wojna, obsceniczny seks...

Co roku na zajęciach z dylematów etycznych daję studentom do rozwiązania nie lada problem. Stawiam przed nimi pytanie, na które próbujemy znaleźć odpowiedź: "Czy istnieje coś takiego jak sprawiedliwa wojna?". 
Za każdym razem czuję tę konsternację w powietrzu, stężenie na ich twarzach i tautologiczne pytanie: "Co to za pytanie?!". Pierwszy odruch - nie, nie ma sprawiedliwej wojny. Drugi - ale, ale... może jednak coś w tym jest? Bo może prowadzimy działania wojenne po to, żeby "uwolnić" świat od złego? Może po to, żeby nam się żyło lepiej? Twarze studentów się rozluźniają, głowy zaczynają pracować i powoli, powoli znajdują coraz więcej argumentów za tym, że sprawiedliwa wojna jest możliwa. 
Bardzo interesująco pisał o tym onegdaj Tomasz Żuradzki. Link do tekstu poniżej:


A sama etyka wojny, jakkolwiek dziwnie brzmi ta zbitka słów, jest ważną i poznawczo ciekawą częścią filozoficznych rozważań. Ciekawych zagadnienia odsyłam do książki pod redakcją Żuradzkiego i Kunińskiego, będącej zbiorem prac na temat etyki wojny autorstwa między innymi: Dershowitza, Narvesona czy Walzera. 


A co wynika z pracy studentów? To, co wynika ze zdroworozsądkowych analiz wielu z nas - jeśli to jest "nasza" wojna, to jest sprawiedliwa. W ramach tej "naszej" wojny możemy mordować, napadać, torturować. Robić to, co nam się żywnie podoba. Bo to jest ŚWIĘTA wojna. Ale niech już tylko ktoś zrobi to samo nam w ramach swojej, innej nie-naszej wojny! O to już nie jest sprawiedliwe. Wojna postrzegana jest w ramach strategicznej gry, tak jest nam "sprzedawana", tak mamy ją "połykać", tak się z nią "czuć". Ale to nie jest komputer. To życie i prawdziwi, cierpiący ludzie.

Od kilku dni słucham utworu Alicii Keys z jej najnowszej płyty Here pod tytułem Holy War. Niezwykle cenię jej społeczne zaangażowanie w wiele spraw i to, że umiejętnie wykorzystuje moc i "moc" swojego głosu w słusznej sprawie. 


Słowa piosenki Holy War można potraktować jako zgrabny zestaw wyrazów charakterystycznych dla opowieści o miłości pomiędzy dwojgiem ludzi. Ja usłyszałem w niej jednak coś inaczej, szerzej, a może i głębiej (bez oceny). 

If war is holy and sex is obscene
We've got it twisted in this lucid dream
Baptized in boundaries, schooled in sin
Divided by difference, sexuality and skin...

Coś dziwnego porobiło się z nami, z ludźmi, że wojnę traktujemy jako świętą, a seks jako obsceniczny. Popędy seksualne rozładowujemy agresją. Ciało rozerwane przez bombę podnieca nas bardziej, niż nagie ciało drugiego człowieka, którego kochamy lub z którym chcemy/będziemy/chcielibyśmy się kochać. Fizyczność wojenna tak, seksualna nie. 
Szczątki ciał w serwisach informacyjnych? Proszę bardzo! Ze wszystkimi zbliżeniami i to przez całą dobę. Przecież trzeba o tym powiedzieć! 
Nagie piersi, pośladki, ciało? O, nie mam mowy! Może późno wieczorem. Przecież to może kogoś urazić. 
Naprawdę? To jest TA droga? A może jeśli to odwrócimy, to będziemy szczęśliwsi? Naiwne? Lubię być naiwny. 

Całego utworu możecie posłuchać pod tym linkiem. 







niedziela, 30 października 2016

"Zbawienna" kłótnia

Istnieje przekonanie, że kłótnia jest dobra dla podtrzymania związku. Co to znaczy? Ano tyle, że pozwala utrzymać temperaturę w związku (?), dowiedzieć się co druga osoba tak naprawdę myśli (??), poszerza pole zaufania w relacji (???). Dość! Dlaczego? 

Ano dlatego, że żeby wszystkie te rzeczy, o których napisałem, i na które zwracają uwagę psychologowie, zajmujący się naturą kłótni, mogły się przysłużyć związkowi, to kłótnia musi być... konstruktywna (?!?!). Nie można w niej przekraczać granic, należy liczyć się ze słowami i brać odpowiedzialność za to, co się powiedziało. Ale, że co, pardon? 

No i teraz - pewnie ze względu na naukowe zboczenie zawodowe - mam już tylko same pytania...  Może Wy znacie na nie odpowiedź?

1. Czy to, że kłótnia będzie "konstruktywna" wiem przed kłótnią czy po niej? Jeśli przed, to czy to nadal będzie kłótnia czy perfidne granie na czyichś emocjach? Załóżmy, że żona spędziła wieczór poza domem bez męża, a on wie, że kiedy się z nią pokłóci, to w czasie kłótni żona wykrzyczy mu, co robiła i z kim. Zatem perfidnie mąż brnie przez całe niedzielne popołudnie w stronę kłótni, po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Z drugiej strony, jeśli kłótnia ma być "konstruktywna po, to kiedy się o tym dowiaduję? Czy kiedy otrzymam pozew o rozwód czy jednak go nie otrzymam?

2. Jeśli kłótnia poszerza pole zaufania w związku, to przez zaufanie do drugiej osoby mam rozumieć tylko to, że wiem o niej więcej, więcej, a nawet wszystko? Na tym budujemy zaufanie? Naprawdę?

3. Czy kłótnia jest jedyną drogą do tego, żeby porozmawiać z najbliższą nam osobą? Jeśli tak, to może warto zastanowić się nad tym, czy być razem?

4. Znam pary, które mają świetny seks, ale tylko wtedy, kiedy wcześniej pokłócą się totalnie! Ale znam też takie, które nawet po małej kłótni nigdy nie pójdą do łóżka. Zatem o co chodzi z tą temperaturą. Że jak na siebie pokrzyczymy, to będzie tak "po włosku" i dzięki temu od razu zrobi się cieplej i milej?

5. No i na koniec, sam smaczek - gdzie są "rozsądne" granice w kłótni? Czy jak wykrzyczę komuś w twarz, że go nienawidzę, to będzie przekroczenie granicy, czy będzie nim dopiero to, jak do tego nienawidzę dodam jeszcze parę inwektyw?

A piszę o tym, bo dziś w DDTVN rozmawialiśmy na temat kłótni.






Wiele wątków, wiele racji, a punktem wyjścia były badania CBOS z 2013 roku, wskazujące na to, że 73% Polaków jest przekonany o tym, że w Polsce istnieją konflikty społeczne, a odsetek ten jest większy niż w latach 80-ych i 90-ych. 


Na tej podstawie kilku nierozważnych dziennikarzy wysnuło wniosek, że Polacy "drą koty jak nigdy". Nie chcę się kłócić, więc pozostawię to prostolinijne myślenie bez komentarza ;-)

To, że Polacy zauważają istnienie konfliktów społecznych, świadczy nie o ich kłótliwości, a raczej refleksyjności i bardzo trzeźwemu oglądowi na sytuację społeczno-polityczną. Co więcej, badani zauważają, że to partie polityczne są głównym sprawcą większość konfliktów i podziału na "nas" i na "innych". Co nie oznacza, że na płaszczyźnie pojedynczych relacji nie potrafimy się ze sobą porozumieć. Wiele zjawisk społecznych, jak chociażby Czarny Protest, pokazało, że jest wręcz przeciwnie. 

A wracając do kłótni...
Kilka lat temu naukowcy z University of Michigan przedstawili wstępne wyniki badań, dotyczące zbawiennego wpływu kłótni na nasze zdrowie i związku. Jako jeden z argumentów podali to, że pary, które się często kłócą, mają dłuższe życie. Nawiasem mówić - też mi raj! Co więcej, przyznali, że "konstruktywna" kłótnia uwalnia do organizmu małe dawki kortyzolu, które działają zbawiennie na nasz organizm. 


Ale znów mamy ten sam warunek - "konstruktywna" i jeszcze warunek dodatkowy - "małe dawki" kortyzolu. Nie zapominajmy jednak, że kortyzol, w trochę większych dawkach, uwalniany do organizmu systematycznie, powoduje (w dużym skrócie) np. otyłość brzuszną czy rozstępy. 

To ja jednak wolę porozmawiać, niż się kłócić. A zamiast wyładowywać frustrację na drugiej osobie - po to, żeby mi się zrobiło lepiej - wolę przebiec parę kilometrów lub zagrać w squasha. Będzie i zdrowiej i bez otyłości ;-)




poniedziałek, 24 października 2016

Empatia - imię dla dziewczynki?

W ostatnich dniach dużo się narobiło w sprawie... empatii. Państwo Chopik, O'Brien i Konrath z 3 amerykańskich uniwersytetów opublikowali w The Journal of Cross-Cultural Psychology porównawcze wyniki i analizę badań dotyczących empatii. Badaniem zostało objętych ponad 100 tysięcy badanych w 63 krajach świata. 


W światowych mediach zawrzało. Wiele osób się podekscytowało, szczególnie wtedy, kiedy spojrzeli na opracowaną przez naukowców mapę.


Najbardziej empatyczne kraje to: Ekwador, Arabia Saudyjska, Peru, Dania i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Amerykanie rozpaczają, że są dopiero (!!!) na 7-ym miejscu. Masz ci los!

I właściwie wynika z powyższych badań? Sam nie wiem... Od zawsze mam problem z empatią. Nie z moją empatią, bo tę oceniam - jak niemalże każdy z nas - dość wysoko, ale z pojęciem czy też pojmowaniem empatii. Jest kwestia neurologii i neuronów lustrzanych, psychologii i wewnętrznej wrażliwości, socjologii i procesu socjalizacji. Wszystko rozumiem, wszystko ogarniam, ale ciągle nie wiem czym ta empatia tak do końca jest. Mogę sięgnąć do słowników, poczytać o tym, wesprzeć się chociażby na autorytecie wspaniałego prof. Wojciszke. Dla mnie, socjologa, empatia w mniejszym stopniu jest afektywną reakcją na zachowania innych ludzi, a bardziej umiejętnością odczytywania ról społecznych innych ludzi. 

Powyższa mapa, jakkolwiek bardzo interesująca poznawczo, budzi mój... dystans, ponieważ nadal nie wiemy na ile empatia jest tym, co dostajemy w zestawie genów, a na ile jest procesem, którego uczymy się funkcjonując w danym społeczeństwie. Bo to, że te dwa elementy mają wpływ na empatię i jej poziom jest pewne! A powyższa mapa niejako odgórnie zakłada to, że empatia to wynik jedynie społecznych uwarunkowań. Bo genetycznie (w makroskali) Ekwadroczycy od Litwinów, którzy są podobno najmniej empatyczni się nie różnią.

I tu dochodzimy do wątku "końca listy", który rozgrzał polskie umysły. Otóż większość krajów Europy Wschodniej, w tym Polska znajduje się na końcu listy. Tym samym można uznać, że jesteśmy mało empatyczni...  Nawet bardzo mało empatyczni, żeby nie powiedzieć nieempatyczni... Ech...

Jeśli spojrzymy na to "zerojedynkowo" to mamy do czynienia z naukowo dowiedzionym faktem. Ale czy tak właśnie powinniśmy patrzeć na badania w ramach nauk społecznych? Nie. Sami - wspomniani przeze mnie wyżej - badacze zwracają uwagę na to, że wyniki ich badań to temat do głębszej rozmowy i dyskusji, a nie prawda objawiona.

Zatem zanim zaczniemy wieszać psy na nas samych - co uwielbiamy - warto, żebyśmy zaczęli od nas samych, od ciebie, od siebie i od was, i pomyśleli czy empatyczni nie możemy być, nie potrafimy czy po prostu nam się nie chce.

środa, 19 października 2016

Dobra synergia

Po raz kolejny okazało się, że jesteśmy dużo fajniejsi, niż o sobie myślimy. DDTVN przeprowadziło przewrotny eksperyment, w ramach którego sympatyczna, atrakcyjna dziewczyna zaczepiała przechodzących mężczyzn, wskazując jako fetysz swoje czerwone ferrari. I co się okazało? Mężczyźni wprawdzie interesowali się samochodem, ale "technicznie". Bardziej dbali o to, żeby pomóc dziewczynie i się nią zaopiekować. Gratulacje Panowie!


W studiu rozmawialiśmy o tym z Joanną Przetakiewicz i Rafałem Maślakiem.


I zgodziliśmy się co do jednej, moim zdaniem, fundamentalnej rzeczy: nie ma kryzysu męskości bez kryzysu kobiecości. Potrzebna nam jest zmiana, głównie nakierowana na nas samych (mówię o Tobie Kobieto i o Tobie Mężczyzno), znalezienie własnej przestrzeni w swojej skórze, w swojej płci, w określonych kulturowych ramach, bez powielania krzywdzących stereotypów. 


Kobiety w cudowny sposób pokazały niedawno swoją siłę. Brawo!



A teraz czas na nas Panowie, żebyśmy wspierali kobiety, po to, żeby już nigdy ich ciała oraz prawa nie stały się podstawą do haniebnych, politycznych handelków.

poniedziałek, 17 października 2016

Przemiana

Nieustannie słyszę o tym, że ludzie się nie zmieniają. Gdzieś wewnętrznie, głęboko, na poziomie  genów nie, ale w warstwie "nadskórnej" tak. Są labilni, emocjonalni, poddawani nastrojom, chwili, chemii i hormonom. Co więcej, ludziom powinno dawać się kolejną szansę. "No chyba, że jest to fryzjer" - jak podpowiada mi Ola. No może...
To była dla mnie bardzo szczególna rozmowa. Być może dlatego, że twórczość Kasi Kowalskiej towarzyszyła mi całe moje świadome życie. Były to piosenki bolesne, wagi ciężkiej emocjonalnej,  targające duszę. 
Przed rozmową wiedziałem tylko tyle, że się zmieniła, że postanowiła zerwać ze swoją czarną stroną. Że jest silna na nowo. Przed spotkaniem z Kasią czytałem opowiadanie Petera Handkego "Leworęczna kobieta" i pomyślałem o Niej. O tym, że choć wielu ludzi chciało i będzie chciało Ją zepchnąć na właściwą drogę, to Ona będzie miała siłę na to, żeby żyć po swojemu. Na swoich zasadach. Podarowałem Jej tę książkę, a Wam daruję wywiad.


Bo najpiękniejsze w życiu są spotkania z ludźmi, którzy wiedzą po co żyją.


fot. Krzysztof Werema







piątek, 14 października 2016

Badania w działaniu

Jako, że problemy edukacji są mi bardzo bliskie, niezmiennie szukam dróg do tego, żeby wesprzeć nauczycieli w ich codziennej pracy. To, co mogę zrobić, to podpowiedzieć im pewne rozwiązania z zakresu badań społecznych, które pomogą im na odnalezienie się w ponurej rzeczywistości nieustających zmian w systemie edukacji, który co rusz - niezależnie od ekipy rządzącej i systemu politycznego - jest "uzdrawiany". Nowe systemy, nowe podstawy programowe, nowe programy nauczania. A do tego ta nieustająca niepewność, co nas zaskoczy tym razem. 
Dziś z okazji nowego roku szkolnego, polecam nauczycielom, a także innym badaczom książkę, która może być wsparciem w badaniu programów nauczania, w tym stosowanych metod oraz zakresu materiału. Charakteryzuję w niej badania w działaniu z ang. action research, niezbyt często stosowany sposób na szybkie skonfrontowanie działań z oczekiwaniami.


Książka jest dostępna za darmo pod poniższym linkiem:



piątek, 7 października 2016

Jestem dawcą!

Należę do osób, które raczej planują niż marzą. Wierzę, że mam wpływ na wiele rzeczy, które wydarzają się w moim życiu. Są jednak sytuacje, że pozostaje mi jedynie marzyć i mieć nadzieję.
Marzę o tym, żeby moi genetyczni bliźniacy na całym świecie mieli piękne i zdrowe życie. Ale też marzę o tym, że kiedy los nie będzie dla nich łaskawy i zachorują na nowotwory krwi, to będę mógł im pomóc. Każdy z nas może to zrobić. Im więcej osób zarejestrowanych w bazie dawców szpiku, tym większa szansa na to, że uratujemy życie wielu osobom. Niewiele wkładu z naszej strony, a taka wielka sprawa. Bo życie to jest wielka sprawa.


Ale o czym w ogóle mowa? O dawstwie szpiku (czyli w efekcie najczęściej naszej krwi), który może uratować życie osobom chorym na nowotwory krwi.
Jak zostać potencjalnym dawcą? To bardzo proste. Wystarczy zrobić to, co ja. Najpierw wszedłem  na stronę 


potem w zakładkę "zostań dawcą" zamówiłem pakiet rejestracyjny. Potem dostałem informację na telefon z podziękowaniami i musiałem uzbroić się w cierpliwość. 


 Pakiet dotarł do mnie po kilku dniach. Wyglądało to tak:


Zrobiłem wymaz z policzków patyczkami, które widzicie na zdjęciu. Zróbcie to zgodnie z instrukcją, bo szkoda zmarnować próbkę. Całość włożyłem do koperty i odesłałem pocztą. Dla tych, których nie stać jest opcja, że wysyłkę, czyli cenę znaczka pocztowego, pokrywa fundacja. 
Pełna rejestracja i przysłanie karty dawcy może zabrać nawet 3 miesiące. I właśnie dziś dostałem przesyłkę! Z radości niemalże rozszarpałem kopertę.


A w środku karta! Nie bankowa złota, platynowa czy czarna, bo te w porównaniu z ratowaniem życia w ogóle się nie liczą. To karta dawcy.


Jestem dawcą! albo jak ktoś woli: Jestę dwacom! :-)

Ta nadzieja, że może gdzieś na świecie będę mógł komuś pomóc, sprawia, że od razu czuję się lepiej. Mój bliźniaku genetyczny, albo bliźniacy genetyczni, pewnie gdzieś jesteś/jesteście na świecie. Życzę Wam dużo zdrowia, ale wiedzcie, że w razie czego jestem i czekam na to, żeby Wam pomóc!

wtorek, 20 września 2016

A jak Artystka

Dość często zdarza mi się słyszeć z ust osób, które namalowały jeden obraz, nagrały jedną piosenkę, napisały jeden wiersz lub popełniły jedną powieść: "My ARTYŚCI". Przekrzywiam wtedy głowę na bok, jak pies, który słyszy zbyt wysokie, drażniące jego wrażliwe ucho dźwięki i zastanawiam się nad tym, kiedy i kogo można nazwać artystą.
Sprawę utrudnia fakt, że nikt nie daje dyplomów artysty. Szkoły artystyczne nadają dyplom magistra sztuki. Ale czy to czyni ich artystami? Chyba nie. Zatem kto lub co sprawia, że o kimś powiemy "artysta" bez zająknięcia, a o innym "artysta" prześmiewczo i z pobłażaniem? Czy to nie jest przypadkiem kwestia naszego gustu? A że gusta różne, to i artyści zdarzają i wielcy i jarmarczni?
W moim przekonaniu - i zapewne zgodnie z moim gustem - TA KOBIETA jest ARTYSTKĄ. Artystką nie czyni Jej to, że od ćwierćwiecza występuje na scenie. Jest artystką, bo nieustannie się rozwija, poddaje sama siebie nowym próbom, zaskakuje odbiorców. Ktoś powiedziałby - jest nieprzewidywalna. Ale czy nie taki powinien być artysta? Artysta przewidywalny to chyba tyle co rzemieślnik.


Wracając do Niej, to nie jestem fanem jest wczesnej muzyki, choć to za nią zgarnęła największą liczbę nagród i rzesze fanów, którzy nie są w stanie słuchać muzyki, którą tworzy teraz. A mnie Jej ostatnie działa zachwycają. Bjork - bo o Niej mowa - całkiem niedawno wydała płytę, będącą zapisem koncertu utworów składających się na album Vulnicura. Płyty znakomitej, głębokiej i niezwykle czystej.


Zapis koncertu to rozbuchane aranżacje, które wciągają do świata Bjork, każdego kto się na to odważy. A niewielu tej odwagi wystarcza. Jeden z dziennikarzy nazwał ostatnie artystyczne posunięcia Bjork "onanizowaniem się muzyką". Czyżby?

Jeśli kogoś nie "zasysa" stara piosenka Come to me w nowej aranżacji w stylu Vulnicury, albo przejmujący Stonemilker, to nie wiem co go może "zassać". Blisko 10 lat temu swoją płytą Volta dokonała wolty i jest już teraz sama dla siebie, nie do podrobienia, jedna z ostatnich Artystek, która tworzy muzykę istniejącą, a nie towarzyszącą. 

poniedziałek, 12 września 2016

Cyfrowa dyskryminacja

Nadrabiając czytelnicze zaległości z lata, sięgnąłem po lipcowy New Scientist - tygodnik, który choć ostatnio momentami dość nierówny, nadal dobrze się czyta.



Znalazłem w nim artykuł, w którym Aviva Rutkin pisze o sprawach dziwniejszych niż szaleńczy pochód Trumpa po władzę nad światem. 
Może odwróćmy historię. Wyobrażacie sobie, że nie możecie umyć rąk w łazience, w której dozownik na mydło, kran i suszarka do rąk działają na fotokomórkę, bo Wasze ręce są pokryte piegami? Jakbyście się czuli, gdyby kamera znanego producenta, zamontowana do systemu gier video nie działała, bo macie blond włosy, ewentualnie blond w nich pasemka? Co byście powiedzieli, gdyby system rezerwacji uporczywie odrzucał Waszą próbę zarezerwowania hotelu czy wypożyczenia samochodu, bo jesteście z Polski? Byłoby Wam głupio? Bylibyście źli? Bylibyście wkurzeni? Mielibyście ochotę zrobić aferę? Kto by się śmiał? Kto by się tym nie przejął? Ręka do góry. No nie widzę. I po raz kolejny wychodzi na to, że mam "szczęście", że jestem biały i przez to uprzywilejowany.
Bo te upiorne sytuacje, o których napisałem powyżej zdarzają się na co dzień ludziom czarnoskórym. To tego koloru nie rozpoznają niektóre dozowniki mydła, kamery i to oni są dyskryminowani, kiedy chcą coś wypożyczyć i zarezerwować. Nagle blokują się rezerwacje, hotele są niedostępne, a wypożyczalnia samochodów pusta. I po raz kolejny zadaję sobie pytanie, którego - wybaczcie - nie rozwinę: WTF?!?! 

niedziela, 4 września 2016

Sati

W czasach mojego dziecięctwa w telewizji, która jeszcze wtedy była jedna, wyświetlane były przedstawienia w ramach cyklu: Teatr Młodego Widza. Na zawsze w pamięci zapadła mi scena z jednej z owych inscenizacji, w której po śmierci (przedwczesnej) bohaterskiego wojownika, zgodnie z dawną piastowską tradycją na stosie, na którym palono zwłoki owego nieszczęśnika, razem z jego ciałem płonęła również jego całkiem żywa żona - na tę chwilę wdowa, a nawet zupełnie żywy koń. Absurd tej sytuacji był dla mojego dziecięcego mózgu niepojęty. Dość szybko jednak - zapewne przy pomocy dorosłych - przetłumaczyłem sobie, że to przecież było ponad 1000 lat temu i takie barbarzyństwo współcześnie nie może się zdarzyć. A jednak...
W poszukiwaniu inspiracji, z ciekawości i tęsknoty za podróżą wgłąb i na zewnątrz natrafiłem na zdjęcia Dariusza Romana z Indii. 



Zdjęcia mnie zachwyciły, zatrzymały, ale dopisana do nich historia zasmuciła. Autor zdjęć opisuje swoją podróż do Vrindavan, Miasta Wdów, w którym schronienie znajdują indyjskie wdowy. Kobiety, które tak jak przed tysiącami lat w Polsce po śmierci męża stają się nikim. Wprawdzie zabronione jest (o łaskawcy!) palenie ich żywcem na stosie wraz ze zwłokami męża, ale za to zabierane jest im wszystko, one same są wyganiane z domu. Obrzęd, zwyczaj, rytuał (?) (Konradu pomóż!) zwany dźwięcznie Sati jest nieludzko okrutny i trudny do uwierzenia. 
Cały artykuł i więcej poruszających zdjęć pod tym linkiem:


A dla Pana Dariusza Romana głębokie ukłony za pokazanie nam, że jeszcze wiele musimy się nauczyć. 

sobota, 27 sierpnia 2016

Upokorzenie

Znacie prozę Fredericka Beigbedera? Jeśli tak, to przeczytajcie Jego najnowszą książkę. Jeśli nie, to nie zaczynajcie przygody z Beigbederem od Jego najnowszej książki. Kam - kiedy usłyszała, że po nią sięgam - powiedziała do mnie: "Zazdroszczę Ci, że masz tę lekturę jeszcze przed sobą".


Powieść "Oona i Salinger" to dość przewrotne dzieło. Zabierałem się do jej przeczytania dość długo, ponieważ sądziłem, że jest to biografia Salingera (tak opisywali to niektórzy recenzenci - jak widać opierając się tylko na informacji prasowej, a nie zaglądając do środka). A z Salingerem mi nie po drodze. W moim odczuciu zbyt dużo w nim naśladowań i... naiwności. Wiem, wiem, że właśnie z tego Salinger słynie, ale jak dla mnie ta naiwność w Jego pisarstwie to jak płatek miętowy u Monty Pythona. 
Czytam tę książkę relaksując się na hamaku i po niektórych zdaniach muszę ją zamknąć i spojrzeć w niebo, żeby nie zwariować od prostolinijnej, ale zuchwale analitycznej uchwytności Jego sądów:

"Odkochana i zamieniona w posąg ładna dziewczyna to chyba największe upokorzenie, jakie może spotkać mężczyznę". 

Beigbeder nie zawodzi, jest cyniczny, obrazoburczy i z pewnością nienawidzą Go francuscy nacjonaliści. A przy jest tym przenikliwy i bardzo czuły wobec swoich bohaterów. 
Mimochodem odkrywa czarne karty historii Francji i USA z czasów II wojny światowej pisząc o tym, że we Francji istniało blisko 200 obozów koncentracyjnych, z czego tylko 1 był nazistowski. Reszta zorganizowana i strzeżona była przez Francuzów. Albo wspominając, że wprawdzie w ataku na Normandię uczestniczyło 50 tysięcy (znakomita większość) czarnoskórych żołnierzy amerykańskich, niemniej zabroniono im udziału w defiladzie zwycięstwa w Paryżu kilka miesięcy później, bo amerykańska armia musiała być "biała"...

Cała ta książka jest o upokorzeniu. Upokorzeniu w miłości, zdradzie, braterstwie, świętości i walce o to, co już nigdy nie wróci. 

Forgive and forget.

środa, 17 sierpnia 2016

Oblatywacz

Latam sobie po całym świecie. Bardzo to lubię i co chwila mnie gdzieś ciągnie. Kupuję bilet. O, nawet dzisiaj. Pakuję się. Ruszam. Wsiadam do samolotu. Zasypiam. Ale tak najbardziej, najbardziej to lubię lotniska i czas tuż przed wejściem na pokład. 

Nawiasem mówiąc, ostatnio z rozbawieniem przysłuchiwałem się dyskusji ludzi, których szalenie nurtowało, skąd ja mam pieniądze na te wszystkie podróże?! I po gruntownej analizie wyszło im, że sponsorują mnie... masoni. Pewnie domyślacie się, jakie mam podejście do ludzi, którzy uwielbiają liczyć pieniądze innych a nie swoje? No właśnie... 

I podczas tych licznych "latań" sponsorowanych przez Niewiadomokogo spotykam wielu fantastycznych ludzi. Raz ja zaczepiam ich, innym razem oni mnie. Rozmawiamy w różnych językach, o różnych sprawach, z różnym zapałem i z różnymi emocjami. Ale zawsze jest ciekawie. I o tych spotkaniach będę pisał teraz na łamach anywhere.pl


oraz w Live&Travel


po to, żeby opowiadać Wam o tym, co ważne, ale także nie stracić tego, co ulotne. Zachęcam!




poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Zwycięstwo sportu nad ludzką głupotą

Apartheid - słowo, które nam, ludziom Północy niewiele mówi. Ale ludziom w Republice Południowej Afryki na jego dźwięk cierpnie skóra. System oparty na ludzkiej głupocie - i co ważne mający swoje źródła w religii(!), w kalwinizmie, odrzucający możliwość równoczesnego, naprzemiennego i bezkolizyjnego funkcjonowania ras w jednym społeczeństwie. Ludzie różnych ras - według tej doktryny - powinni funkcjonować oddzielnie, bo tylko dzięki temu społeczeństwo będzie mogło się rozwijać. Zatem, wybaczcie, nie damy Wam, czarnoskórym mieszkańcom Afryki prawa do głosowania i robimy to - my ludzie Północy, potomkowie Afrykanerów - dla Waszego dobra. Trudno zrozumieć to, że system ten w majestacie prawa i akceptacji świata funkcjonował jeszcze w latach 90. Sama idea ras to jeden z najgłupszych wynalazków ludzkości, ale to temat na inny wpis. Dziś chciałem zająć się czymś innym, bardzo budującym i pokazującym piękno sportu.
Bo oto, na Igrzyskach Olimpijskich w Rio, po dwudziestu latach od zniesienia apartheidu, młody zawodnik z RPA, którego matka i ojciec przed ponad dwudziestu laty - mimo świetnych wyników sportowych - nie mogli reprezentować swojego kraju, ze względu na swoją rasę i jawny sprzeciw wobec apartheidu, zostaje mistrzem olimpijskim na 400 metrów i pobija rekord świata na tym dystansie!!!


Niezwykle symboliczne jest to, że stało się to na IO, u idei których leży równość i czysty duch walki, a które przez całą swoją historię były wykorzystywane do promowania nierówności. Takie sytuacje jak ta z Waydem van Niekerkiem oczyszczają te imprezy.

P.S. A wracając do ludów Północy, w dobrym duchu trzymam kciuki za naszych polskich komentatorów, relacjonujących zmagania lekkoatletów i wierzę, że doczekam kiedyś czasów, w których w ich komentarzach podczas lekkoatletycznych sprawozdań nie pojawi się ŻADEN rasistowski tekst. Na razie, niestety, zamykam oczy i uszy ze wstydu. 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jacy Polacy?

Właśnie dziś zakończyła się moja roczna przygoda z cyklem "Jacy Polacy?" w Dzień Dobry TVN. 
Zdecydowaliśmy się na zrealizowanie tego cyklu po 10 latach od "Miejskiej dżungli" - cyklu realizowanego w tym samym programie z niezwykle zdolną i pomysłową Anią Klimczewską. Były to bodajże pierwsze pranki w polskich mediach. To, co dziś robią youtuberzy, to dla nas wtórne. Byliśmy prekursorami!
Po 10 latach znów wróciliśmy do tematu i poddawaliśmy Polaków różnorakim próbom, z których Ci wychodzili obronną ręką. Niejednokrotnie byłem wzruszony postępowaniem i pomocą, którą przypadkowi przechodnie ofiarowywali naszym bohaterom.



Jesteśmy wspaniałym społeczeństwem. Tylko za mało wierzymy w siebie.  Zatruwani przez sączące się do naszych uszu nienawistne opowieści smutnych ludzi z różnych opcji politycznych, nie do końca rozumiemy to, co się dzieje. Jednak nie powinniśmy zapominać o tym, że to co było dla nas zawsze ważne, istniało poza polityką i wbrew niej. To nas wyróżniało i wielokrotnie chroniło od tego, żeby do końca nie zwariować. I wierzę, że tak będzie i tym razem.
Do wysłuchania całego podsumowania, zapraszam tutaj, pod ten link:

sobota, 11 czerwca 2016

Dom jaki jest, każdy widzi

Trafiła w moje ręce bardzo... dziwna książka. Czyta się ją dobrze. No, przynajmniej jej pierwszą część. Niemniej całość daje wiele do myślenia. Najważniejsze pytanie, jakie nasuwa się czytelnikowi w trakcie jej lektury to: Czym jest dom? Myślę, że większość z nas odpowiadałaby na to pytanie podobnie - dom kojarzy się nam głównie z budynkiem. Ale nie o taki "dom" autorowi książki Home: How habitat made us human chodzi. 

John S. Allen wybija nas z torów zwyczajowego myślenia dowodząc, że dom, jako stan ducha, to typowo ludzki wynalazek. Wprawdzie inne gatunki są bliskie tworzenia pewnych struktur, które przypominają domy, jednak zazwyczaj są to tymczasowe gniazda, nory, kryjówki, które dają poczucie bezpieczeństwa na chwilę i tworzone są do wypełnienia określonego zadania (wychowanie dzieci czy sen). Natomiast tylko ludzie organizują sobie przestrzeń na dłużej, zagospodarowują ją do pełnienia określonych funkcji i - co najważniejsze - dom noszą "w środku". Niemniej, żeby doszło do tego środka, żebyśmy stali się ludźmi, najpierw musieliśmy budować domy-budynki. Kiedy w nich poczuliśmy się bezpiecznie i pewnie, te zaczęły wpływać na kształtowanie się naszego mózgu i budowania "domów wewnętrznych". 

Źródło: http://www.basicbooks.com/full-details?isbn=9780465038992

John S. Allen wziął sobie na barki straaaaaaszną kobyłę. Dom swoje waży. W swojej analizie skupił się głównie na antropologii fizycznej, a w innych kontekstach troszkę się pogubił.

To, co mocno łączy mnie z autorem powyższej książki, to przekonanie, że domu nie można kupić. Można kupić sześcian, budynek, ściany. Ale ściany, sufit i podłogi nie stanowią o domu. Potrzeba wielu zabiegów opartych na kulturze, tradycji, doświadczeniach własnych i przodków, a także bieżącego życia, żeby sześcian nazwać domem i poczuć się jak w domu. Lecz do wpływa na siebie bardziej: my na dom czy dom na nas? Oto jest pytanie!

środa, 8 czerwca 2016

Charytatywnie

Bardzo lubię pomagać. Robię to, kiedy mogę. I nie oszukuję też siebie zbytnio, bo jako socjolog, zdaję sobie sprawę z tego, że w większości wypadków pomagamy innym, żeby poprawić sobie nastrój. Altruizm jest podłechtaniem naszego ego. Kiedyś napisałem na ten temat artykuł, stwierdzając w nim, że nawet Matka Teresa z Kalkuty pomagała innym po to, żeby poczuć się lepiej sama ze sobą. Posypały się na mnie gromy! A kilka lat później Matka Teresa udzieliła wywiadu, w którym z rozbrajającą szczerością powiedziała, że pomagała ludziom, bo dzięki temu sama czuła się ze sobą lepiej. 
I nie ma nic złego w tym, że pomagamy, i że potem czujemy się lepiej :-)
Ja też mogę pomóc, a dla powiększenia tej pomocy zapraszam również Państwa. Poniżej znajduje się link do aukcji, na której można wylicytować bardzo ważną dla mnie książkę "Pięć godzin z Mariem" Miguela Delibesa. 
O książce pisałem kiedyś na moim blogu o książkach Męskie Czytanki:


Wiele dla mnie znaczy, ale nie wahałem się ani minuty, kiedy poproszono mnie, żebym przekazał ją na aukcję charytatywną, dzięki której można pomóc chorym dzieciom.
Zachęcam wszystkich Państwa do licytacji książki tym filmem:


video

A na aukcję zapraszam pod tym linkiem:


I dziękuję za całego serca :-)

niedziela, 5 czerwca 2016

Strach ma wielkie oczy

Co rusz słyszę - i to od osób, które uważam za wykształcone i inteligentne, co rzadko idzie w parze - że "jak tak dalej pójdzie, to nasze dzieci będą się modlić do Allaha". Nie bardzo rozumiem, co ma "pójść dalej", ale domyślam się, że chodzi o imigrantów, którzy chcą schronić się w Europie w nadziei na lepsze życie. A że duża część imigrantów to muzułmanie, to wniosek nasuwa się sam. 
Pisałem kilka dni temu o emocjach i problem imigrantów też jest podszyty głównie emocjami, a co za tym idzie głupotą w wypowiedziach na ich temat, niż racjonalnym spojrzeniem na sprawę.
Szansa na to, że "nasze dzieci" będą się modliły do czegokolwiek jest mała. Jak pokazują wyniki szeroko zakrojonych światowych badań na temat religijności mieszkańców Ziemi, za niespełna 40 lat w Europie niewierząca będzie co czwarta osoba (dane z raportu "The Future of Religions" Pew Research Center).
Wracając do muzułmanów i chrześcijan, którzy chcą bronić swoich wartości. Liczba tych drugich znacząco spadnie, szacuje się, że do 2050 roku będzie ich w Europie o blisko 100 milionów mniej. Ale dla uspokojenia emocji tych, którzy już boją się zalewu islamu, pragnę poinformować, że w 2050 roku w całej Europie będzie nie więcej niż 10% muzułmanów, co będzie w liczbach bezwględnych znaczącym wzrostem (dziś to około 6%), ale w skali ogólnej liczby ludności to nadal będzie margines. A na całym świecie muzułmanów będzie więcej niż chrześcijan dopiero na początku kolejnego stulecia. Co obrazuje niniejszy wykres:


"Nasze dzieci", o które tak bardzo martwią się niektórzy, są zatem "bezpieczne". 
Jeśli te dane uspokoiły niektórych, to proponuję skupić się na tym, co ważne. Potencjał i wartość wielu ludzi niezależnie od ich wyznania, a także kraju pochodzenia to główne, na co powinniśmy zwracać uwagę. Wśród imigrantów są ludzie wysocy i niscy, grubi i chudzi, mądrzy i głupi, dobrzy i źli. Tak jak w każdej innej grupie. Zastanówmy się co mają nam do zaoferowania, zamiast w czambuł ich potępiać. Zwróćmy na to uwagę, bo wśród nich są zapewne perły, ale też duża liczba uczciwych ludzi, którzy chcą mieszkać w pokoju i sumiennie pracować na chleb.  


czwartek, 2 czerwca 2016

Emocje

Jestem zdania, że w naszym codziennym życiu jest za dużo emocji. Sam staram się je trzymać na wodzy. Tak byłem uczony i tak jest w mojej rodzinie. Dostaję za to niezmiennie po głowie, ponieważ żyjemy w kulturze, która karmi się emocjami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że to karmienie doprowadziło do jej otyłości. Napchana emocjami Kultura przewraca się z boku na bok, próbując poradzić sobie z odleżynami nudy i braku zaskoczeń, bo niepohamowanie emocji doprowadziło do tego, że niewiele już nas zaskakuje, a eskalacja emocji sięga zenitu. Do tego ta nasza przywalona kilogramami emocji Kultura siłą rzeczy oddała się pod opiekę siostrze miłosierdzia Głupocie, która z niezwykłą wprawą tak pielęgnuje Kulturę, żeby ta z jednej strony trwała i nie umarła, ale z drugiej strony trwała w emocjonalnej katatonii. Szkoda byłoby bowiem stracić tak dobrze płatną pracę. 
Piszę o tym, ponieważ ze zdziwieniem obserwuję jak emocje Pana Trumpa wygrywają nad opanowaniem Pani Clinton. I wielu jeszcze się dziwi, próbuje zamknąć oczy i nie dowierza, że TO się może wydarzyć NAPRAWDĘ. Może. 
Jestem też świeżo po lekturze książki, nazwanej również w tytule "encyklopedią" opisującą ludzkie emocje.



Autorka książki Tiffany Watt Smith wyróżniła 156 ludzkich emocji. Czyli znacznie więcej niż to, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. To zgrabny chwyt, ale książka jest fascynująca dla historyków, psychologów, antropologów i socjologów. A także dla wszystkich innych, którzy chcą się dowiedzieć o ludziach trochę więcej niż to, co podają rozemocjonowane (jeśli nie rozhisteryzowane) kanały newsowe. Watt Smith sprawnie poruszając się w historii i znajomości wielu kultur opowiada o tym, co nami rządziło i rządzi. 
Bo chyba mało kto z Was wierzy, że jesteśmy z gruntu racjonalni?

poniedziałek, 30 maja 2016

Dojrzewanie

Jestem z tego pokolenia, które dojrzewało w obecności książek. 
Napisałem to zdanie, choć wahałem się przy każdym jego słowie. Po pierwsze, co oznacza "to pokolenie"? Czy książki są/były przypisane jakiemuś konkretnemu pokoleniu? Nie. Nieprawda. "Pokolenie, które dojrzewało...". Też fałsz. A do tego pretensjonalność. "... dojrzewało w otoczeniu książek". Pretensjonalność do kwadratu. Zostawmy to.
Myślę, że to czy wchodzimy w dorosły świat z książkami pod pachą i w sercach, to nie jest kwestia pokoleniowa, a osobowościowa. Przecież w moim "pokoleniu", nawet jeśli przyjmiemy tylko metrykalny jego aspekt, znam mnóstwo ludzi, którzy książek używali do podpałki lub do podparcia kulawego stołu. Do dziś moją wyobraźnię karmi opowieść jednej ze znajomych, której koleżanka trzyma książki w wersalce, uważając, że tam będzie im najwygodniej. A co najważniejsze, w mieszkaniu mniej się kurzy. Zostawmy to.
Moje dojrzewanie to książki. To na nich oparłem swoją wiedzę o zakochaniu, porażkach, zachwycie, ideałach, kryzysie, szaleństwie, metodzie, smutku, szczęściu, pokonaniu, zwycięstwie, drażnieniu, słodkości, małości... To z nich dowiadywałem się jak skomplikowany i nielinearny jest świat dorosłych. To dzięki nim, tak niewiele mnie u dorosłych zaskakiwało, a dorosłe życie przylgnęło do mnie niepostrzeżenie. Zostawmy to.

Do dziś swoje zachwyty zbieram na blogu Męskie Czytanki:


Kiedyś brałem to, co napisane bardzo serio. Dziś mam do tego większy dystans. Bo jak pisze Pan Eustachy Rylski, odnosząc się do pisarzy: "Pisujemy o czasach, których nie znamy, o wojnach, w jakich nie wzięliśmy udziału, o męskich sprawach, których nie doświadczyliśmy. Opisujemy miłość, jaka nam się nie zdarzyła, i uniesienie poza możliwością naszego temperamentu. Wspominamy iluminacje, przed którymi byśmy się nie cofnęli, przytaczamy zdarzenia, których nie potrafimy wyjaśnić, smutki, jakie nigdy nas nie dotknęły, i radości, których już nie przeżyjemy" (s. 125).

Przeczytałem tę książkę Pana Rylskiego z wielką przyjemnością - podobnie jak wszystkie inne - a zaskoczyła mnie podobna droga literackich zachwytów u progu dorosłości. Czyżby kanon był ciągle ten sam?







sobota, 21 maja 2016

Kubiki

Znam ludzi, którzy nawet jeśli pracują w domu, to przenosząc się z sypialni do gabinetu mówią: „Idę do biura”, traktując to jako świetny żart. Znam też i takich, którzy mówią: „Idę do biura” już bez dowcipu w głosie, wsiadają do auta lub autobusu, jadą godzinę, po czym lądują w dobrze sobie znanej odhumanizowanej przestrzeni - mniej lub bardziej szklanego molocha - i ze stękiem w kościach i mózgu siadają do pracy.
Ci pierwsi stwarzają sobie przestrzeń pracy, którą bardzo łatwo mogą przeorganizować w przestrzeń zabawy – wszystko zależy od inwencji i charakteru wolnego zawodu. Drugim przestrzeń pracy została stworzona, a do zabawy jej daleko – no chyba, że za takową uznamy wyjazdy integracyjne.
Jedni i drudzy najczęściej produkują powietrze: idee, założenia, nakazy, projekty. Nic, co nadawałoby się do wrzucenia na drukarkę 3-D. Jak pisał Charles Leadbeater w Living on thin air, większość z nas zarabia na niczym. Nie produkujemy niczego, co dałoby się zmierzyć lub zważyć. Praca  współczesnych rozwiniętych społeczeństw oparta jest głównie na sektorze usług, których nie da się zapakować do wagonów czy na statki i przetransportować na drugi koniec kraju czy świata. Nasze pomysły mkną po łączach, zahaczając o kosmos i lądują na dysku lub chmurze naszych kolegów na drugim kontynencie już po kilku sekundach.
Ale czy różni się to czymś od taśmy w fabryce? Na pierwszy rzut oka tak. Różni wszystko! Jest czyściej. Jest ładniej. Jest wyżej! Jest przyzwoiciej. Jest spokojniej. Jest dostojniej. Jest ciszej (niekiedy). I kołnierzyk jest biały, a nie niebieski jak u robotnika.
Nikil Saval, autor świetnie napisanej książki Cubed. A secret history of the workplace ma co do tego wątpliwości. Jego zdaniem od zawsze w pracy wciśnięci jesteśmy mentalnie i fizycznie w kubiki, które czasem dają nam poczucie bezpieczeństwa, zawsze są wygodne dla firmy czy instytucji i nigdy nie pozwalają nam się, szczególnie w wielkich korporacjach uwolnić o taśmy.


Kubiki tworzone są dla nas w biurze, tworzymy je też sobie sami w domach, w których pracujemy. Ramy. Sześcian. Sufit. Czy to nas rozwija? Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. A wy co myślicie?


Tymczasem pozdrawiam z mojego kubika z otwarciem na las.