poniedziałek, 8 maja 2017

Opowieść... kibica

Mam duszę sportowca i - mimo tego, że często mnie to śmieszy - lubię rywalizację. Wprawdzie walkę między kumplami na korcie na śmierć i życie podczas gry w squosha uważam za patetyczną, niemniej z wypiekami na twarzy śledzę mecze i zawody - i to nie tylko te sportowe. 
Jedną z moich ulubionych konkurencji jest Literacka Nagroda Nobla (LNN). Nie oszukujmy się, to wyścig jak każdy inny. Rządzący się swoimi zasadami i regułami. Mający swoje czarne konie. Sędziów wydających wyroki. Swoje dyskwalifikacje (przykład niepoprawnego politycznie Rotha) i "malowanych" kibiców, którzy mają to do siebie, że stają się fanami każdego, ale to każdego zwycięzcy (miliony zakochane w Szymborskiej, które do jesieni 1997 roku nie wiedziały, że ktoś taki istnieje na świecie!).
Ja kibicem jest wiernym, nawet za bardzo. Na przykład do końca, do samego końca wierzyłem w czystość Lance'a Armstronga. Nawet wtedy, kiedy wiedziałem już, że oszukuję samego siebie.
I jak każdy kibic doznaję rozczarowań, które bolą przez wiele lat. Dlatego też tak dobrze pamiętam ten jęk zawodu, kiedy kilka lat temu Literacką Nagrodę Nobla dostała Alice Munro. Oznaczało to, że już nigdy w ciągu swojego życia tej nagrody nie dostanie Margaret Atwood,  ponieważ obie pochodzą z Kanady. A sędziowie LNN mają to do siebie, że nie przyznają nagród pod rząd dla tego samego kraju.


To był sądny dzień. Rozpacz prawdziwego kibica. Dzień żałoby i wściekłości. Jak w każdym sporcie są osoby, które grają świetnie technicznie, nie mylą się, są mistrzami, ale ich gra jest poprawna. Są też zawodnicy i zawodniczki, którzy grają z ekspresją, finezją i nawet jeśli popełniają błędy, to poruszają w człowieku coś, co zostaje głęboko w sercu. Na zawsze. I to sportowe porównanie odnosi się do twórczości Munro i Atwood. Munro pisze bardzo dobrze, ale jest nudna i przewidywalna. Świetna technicznie, ale bez polotu. Atwood to zawodniczka po której nie wiadomo czego się spodziewać. Obiecuje tylko jedno - zawsze to będzie widowisko. Munro będzie zawodniczką, o której następne pokolenia nie będą pamiętać. A Atwood jest tym typem, której przesłania zawarte w książkach przewędrują na kolejne pokolenia.
Ale właściwie z jakiego powodu o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że "Kobieta do zjedzenia" przeczytana w wieku trzynastu lat, uczyniła ze mnie mężczyznę. 


Po drugie, że "Opowieść podręcznej", tak niezrozumiała dla ludzi, kiedy ukazała się na rynku (ponad 30 lat temu), teraz święci triumfy. Głównie za sprawą świetnego, zrealizowanego przez Hulu serialu, opartego na tej powieści, pokazującego jak śmiało idziemy w stronę utopii.



I po trzecie, ponieważ Atwood jest tak mądrym człowiekiem, że Jej kilkuminutowy wywiad dla Broadly daje asumpt do kilkudniowego pomyślunku. 



Najbardziej podobało mi się, kiedy powiedziała: "twoja praca nie musi podobać się każdemu, a jeśli tak jest, to coś jest z tobą nie tak". 
Na pohybel nieszczęśliwym krytykantom! :-)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Był taki człowiek, był taki kraj...

Był taki człowiek, który choć urodził się w Grecji, jest czczony przez Turków.
Był taki człowiek, który miał niewiarygodną odwagę do walki o swój naród i dzięki niemu Turcja nie jest dziś protektoratem francuskim lub brytyjskim.
Był taki człowiek, który nakazywał szanować wyznawców różnych religii, ale jednocześnie pilnował, żeby prawo religijne nie stało ponad prawem świeckim.
Był taki człowiek, który na początku XX wieku - w zdominowanym przez mężczyzn świecie - głosił równość kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach życia.
Był taki człowiek, który był wizjonerem, jacy zdarzają się ludziom raz na sto lat, a Turcy mieli to szczęście, że urodził się właśnie dla nich.
Był taki człowiek, który nie mógł się bać, bo dawał dziesiątkom milionów Turków nadzieję.
Mustafa Kemal Ataturk.


Dzięki temu człowiekowi, jego marzeniom, wizji, nieustępliwości, otwartości i wielkiej, wielkiej odwadze Turcja - aż do końca XX wieku - była rozwijającym się, świeckim, otwartym, pięknym krajem z niezwykle życzliwymi i ufnymi w przyszłość ludźmi. 
To była Turcja Ataturka: dumna, świecka, postępowa, choć - czego bardzo żałuję i nigdy nie zrozumiem - nieustanne odpychana przez Europę. Widocznie tam, gdzie kończą się wieże chrześcijańskich kościołów,  a zaczynają się kopuły minaretów, tam przebiega granica europejskiej "tolerancji" i "jedności".
Ta Turcja, którą kochałem, podziwiałem, która była moim drugim domem, Turcja Ataturka, właśnie wczoraj przestała oficjalnie istnieć...


niedziela, 26 marca 2017

Kim chcesz być w przyszłości?

Kim chcielibyście zostać w przyszłości? - takie pytanie, dotyczące uprawianego w przyszłości zawodu, zadałem moim kilkunastoletnim podopiecznym podczas zajęć w ramach Uniwersytetu Dzieci. Zajęcia miały warsztatowy charakter. Siedzieliśmy w okręgu. Każdy z nas musiał udzielić odpowiedzi. Jako że byłem członkiem grupy, musiałem na nie odpowiedzieć również ja... 
Kim chciałbym zostać w przyszłości? Czy to pytanie mnie w ogóle dotyczy? Przecież już mam zawód. Już wybrałem swoją przyszłość. Jestem socjologiem. Uprawiam ten zawód z wielką pasją i miłością. To dość rzadkie, wiem, ale nie wyobrażam sobie inaczej. W ramach tego zawodu łączę ze sobą również bycie nauczycielem, badaczem, analitykiem, doradcą, statystykiem. Ale wskutek dynamicznych zmian politycznych, gospodarczych i społecznych jest duża szansa na to, że to nie będzie mój ostatni zawód. Jeden zawód na całe życie - tego już nie ma. To pieśń przeszłości. Ułuda. Bezpodstawne oczekiwanie. Nawet takie pewniaki jak lekarz, wskutek rozwoju medycyny internetowej oraz prac nad sztuczną inteligencją, nie są pewne. Część z nas już doświadczyła potrzeby "przebranżowienia". Znam specjalistów od HR, którzy pracują w genetyce, marketingowców, którzy handlują śledziami na dużą skalę, techników żywienia, którzy zajmują się włókiennictwem oraz nauczycieli rosyjskiego, którzy są świetnymi fotografami. Nie mówiąc o sportowcach, których kariery zawodowe zawsze są krótkie i po jej zakończeniu często nie dotyczą sportu. 
Moi studenci próbują się zabezpieczyć na tę okoliczność studiując po 3 kierunki równocześnie. Czy warto? Dla poszerzenia wiedzy - tak. Dla ubezpieczenia na przyszłość - nie. To, czego domagam się od wielu lat, o czym piszę i nad czym pracuję, to zwiększenie w ramach oferty szkół zajęć, które będą dzieci, nastolatków, studentów uczyć... się uczyć. Jak na razie w większość uczymy wkuwać, zapamiętywać i odtwórczo przetwarzać. Zdolność uczenia się i myślenia jest nadal niezbyt ceniona. Łatwiej steruje się ludźmi, którzy myślenie mają programowo wyłączone, a niechęć do uczenia się jest ich stanem duszy. Ale takie społeczeństwo nie ma większych szans na godziwe życie. Takie społeczeństwo może trwać, ale nie może się rozwijać.
Tego typu refleksje nachodzą mnie podczas pracy nad nową książką o uczeniu się. A tymczasem z tęsknotą wracam do mojej ulubionej książki o "Doradztwie zawodowym", w której wyjaśniam to, jak ważne jest dla nas myślenie o przyszłości zawodowej na każdym etapie naszego życia. 
Zatem odpowiedz: Kim chcesz zostać w przyszłości?